Północna Dania. Frederikshavn. Poniedziałek,
21 lipca. godz. 8:30.
Stoję w moim ukochanym korytarzu łączącym port
z miastem i spoglądam na przez szybę na ogromny prom, który czeka tam
zacumowany. Ile czasu spędziłem błąkając się po tym korytarzu, ile razy
spoglądałem tęsknym wzrokiem na te wszystkie statki, na tych ludzi, którzy nimi
odpływali do miejsc, do których ja chciałem dotrzeć, ile razy modliłem się, by
stać się częścią tego tłumu pasażerów. A teraz trzymam w ręku wyśniony bilet, jakby
przepustkę do lepszego świata.
Niby nic, kawałek papieru z pięknym logo i
nadrukowanym moim imieniem i nazwiskiem, ale ja tylko o tym kawałku papieru
marzyłem przez te wszystkie dni spędzone tutaj, o ten kawałek papieru tyle się modliłem,
a teraz trzymam go mocno w dłoni i spoglądam przez szybę na mój statek, właśnie
mój. Nigdy nie płynąłem promem, a tu jeszcze taki mi się trafił. Jest piękny,
biały, z mnóstwem szalup i wielkim kominem pośrodku, już nie mogę się doczekać,
aż wsiądę na jego pokład.
Patrzę na zegarek, jeszcze ponad godzina do
odpłynięcia. Napawam się jeszcze przez chwile widokiem statku, a potem szwendam
się owym tak dobrze mi znanym korytarzu. Szukam moich dwóch bezdomnych,
chciałbym się jeszcze przed wyjazdem z nimi pożegnać, ale niestety nigdzie ich
nie ma, nie mogę ich znaleźć. Pewnie są jeszcze na dworcu. Jakoś
głupio mi ich tak zostawiać, skoro powiedziałem, że jeszcze się na pewno
zobaczymy. Poza tym towarzyszyli mi już od pierwszego dnia mojego
pobytu w tym mieście, niemal od pierwszej chwili, a teraz, kiedy odchodzę, nie ma ich tu ze mną. Wielka szkoda.
Pogoda jest coraz piękniejsza, jakbym nie był
w Danii. Świeci słońce, jest dość ciepło, morze wygląda dziś jak idealnie
gładkie zwierciadło. Dla kapitana pogoda wprost wymarzona. Zapowiada się
spokojny rejs.
Zbiera się tu coraz więcej ludzi. Wszyscy
wchodzą już powoli po schodach na górę ku wejściu na pokład, do odprawy. Są tacy spokojni, wręcz znudzeni, pewnie pływali już
tędy dziesiątki razy. Tylko ja jeden ekscytuję się nie wiadomo czym.
Po kilku minutach bramka się otwiera i pierwsi
pasażerowie wchodzą na pokład. Ja ustawiam się w kolejce i rozmyślam w niej nad
tym, jakie to przeszkody mogę mnie jeszcze spotkać, zanim mnie wpuszczą do
środka. Może coś z moim biletem będzie nie tak, może ja się im nie spodobam,
może nie wpuszczą mnie z tymi plecakami, może będą chcieli jakieś dokumenty
jeszcze, których nie mam. Zamiast cieszyć się chwilą, martwię się, co za chwile
będzie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że marzenia tak łatwo mogą się spełniać.
Bileter bierze mój bilet, przejeżdża po nim
elektronicznym czytnikiem, naciska dwa guziki w komputerze, bramka się otwiera
i wchodzę na pokład. Tak po prostu.
A jednak się spełniają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz