czwartek, 7 kwietnia 2016

Dzień 31. Brygada Strzelców Podhalańskich

Północna Norwegia. Narvik. Niedziela, 10 sierpnia, godz. 11:04.

Odjeżdża. Patrzę jeszcze, jak nawraca, by wydostać się jakoś z tego parkingu, a gdy mija mnie, trąbi głośno. I już go nie ma. Tylko gęsta chmura kurzu spod opon pozostała z tych wspólnie przejechanych ośmiuset kilometrów.
A teraz Narvik – cel mojej podróży, cel pierwszy i jedyny. Ostatni punkt, do którego mogłem gnać, ostatni szczyt, na który miałem się wspiąć. Teraz trzeba będzie wracać do kraju, już nie iść, a wracać właśnie, już nie wspinać się, a schodzić.
Pamiętam jak dziś, gdy otworzywszy mapę, przesunąłem po niej szybko palcem, obierając tym samym marszrutę mojej podróży. To było kilka tygodni temu. I Narvik był tym punktem, ponad który palec nie miał odwagi się wznieść. Skręcił w prawo, do Szwecji, a potem do Finlandii. I tak też ja mam zamiar zrobić już jutro, a może jeszcze dziś, jeśli Bóg pozwoli.

środa, 6 kwietnia 2016

Dzień 30. Koło podbiegunowe

Środkowa Norwegia. Levanger. Sobota, 9 sierpnia, godz. 13:40.

- Jesteśmy na miejscu. Ja tu zaraz będę skręcał, więc zostawię cię na parkingu, na którym często zatrzymują się ciężarówki, może akurat jakaś będzie wyjeżdżać.
Okazuje się po chwili, że to nie tyle parking, co baza spedycyjna, no i chyba mam szczęście, bo kiedy do niej podjeżdżamy, stoi tam jeden tir, którego kierowca dopiero co zagrzewa silnik, jakby szykował się do drogi.
- Zapytam go, może jedzie w moją stronę. Dziękuję za podwózkę.
I wysiadam, a potem wyciągam szybko swoje bagaże z tylnego siedzenia.
- Masz tu jeszcze coś na drogę. Kup sobie za to porządny obiad.
Wręcza mi 100 koron i odjeżdża. Wszystko dzieje się w takim tempie, że nawet nie mam czasu, by zaprotestować. Wydobywam z siebie tylko krótkie słowa podziękowania i chowam pieniądze do portfela. Na pewno się przydadzą.

sobota, 2 kwietnia 2016

Dzień 30. Uchodźca

Środkowa Norwegia. Trondheim. Sobota, 9 sierpnia, godz. 5:13.

Czuję delikatne szarpnięcie za ramię. Jawa miesza się ze snem. Powoli otwieram oczy. Ledwie kilka centymetrów nade mną nachyla się wielka czarnoskóra twarz. Widzę tylko białka oczu i ogromne usta, które poruszając się energicznie, chcą mi coś powiedzieć, ale ja nic nie rozumiem. Podnoszę się i siadam na ławce. W ułamku sekundy przypominam sobie wydarzenia poprzedniej nocy – tułaczka, zamknięty dworzec, przydworcowa ławka. Patrzę na ogromną czarną sylwetkę stojącą przede mną.
- I do not understand you. I don`t speak norwegian – mówię bardzo powoli, wyraźnie akcentując każde słowo.

piątek, 1 kwietnia 2016

Dzień 29. Nożownik

Południowa Norwegia. Dombas. Piątek, 8 sierpnia, godz. 7:30.

Zapada niezręczna cisza. Jedziemy kilka minut w milczeniu.
- Mówił pan, że jest pan myśliwym. A co poza polowaniami? Ma pan jeszcze jakieś pasje prócz strzelania do zwierząt? - próbuję ostrożnie zagadnąć.
- Jestem kolekcjonerem noży – odpowiada spokojnie kierowca.
Zmroziło mnie. Nie jestem pewny, czy dobrze usłyszałem.
- Noży? Zbiera je pan?
- Tak, od kilka ładnych lat. Mam ich kilkaset w swoim domu. Głównie myśliwskie. Tu też mam parę sztuk, w bagażniku, mogę stanąć i ci je pokazać.

wtorek, 29 marca 2016

Dzień 29. Persona non grata

Południowa Norwegia. Okolice Dombas. Piątek, 8 sierpnia, godz. 00:30.

Budzę się jakby rażony piorunem, ogłuszony grzmotem. Potężne walenie do drzwi. Gdzie jestem? Niczym dwie ogromne pięści rozrywające zawiasy. Nie odróżniam jawy od snu. Serce przestaje na moment bić. Mój Boże! Podchodzi do gardła. Nagle cisza. Nie oddycham. Nasłuchuję.
Żadych kroków, żadnych odgłosów. Chyba już po wszystkim.
Rozglądam się roztrzęsiony. Teraz serce kołacze mi w piersi jak oszalałe. Chryste, co to było? Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Mija kilka długich minut, a ja wciąż nie mogę dojść do siebie.

czwartek, 24 marca 2016

Dzień 28. Gorąca herbata

Południowa Norwegia. Lillehammer. Czwartek, 7 sierpnia, godz. 18:30.

Nie idzie mi. Jest już dość późno, coraz mniej światła i coraz chłodniej, a ja wciąż tkwię na tej stacji. Nie jest to najlepsze miejsce do łapania, ale i tak dużo lepsze niż to poprzednie. Zresztą i tak nie ma już czasu na znalezienie czegoś innego.
Dwie godziny już stoję na tym krawężniku. Tuż za mną, pod drugiej stronie ulicy niewielkie centrum handlowe, skąd co chwila wyjeżdża jakiś samochód wypchany po brzegi zakupami. Już nie patrzę w tamtą stronę, niech zerkają, gapią się, uśmiechają, co tylko chcą. Z początku te zaciekawione spojrzenia budzą moją irytację, dopóki nie odkrywam, że mam plecy, swoje własne, którymi mogę się zasłonić. W tej chwili moją uwagę pochłania już tylko ta stacja, ludzie tankujący swoje błyszczące pojazdy, ich dzieci wcinające hot dogi i obsługa w czerwonych kamizelkach myjąca przednie szyby.

środa, 23 marca 2016

Dzień 28. Młotek

Norwegia. Lillehammer. Czwartek, 7 sierpnia, godz. 5:30.

Otwieram oczy. Mija kilka długich chwil, nim przypominam sobie, gdzie jestem. Wysoko nade mną dach, wsparty na kilkumetrowych podporach, z obydwu stron wielkie betonowe przegrody, a za mną ogromna przeszklona ściana. Ja zaś leżę w tej niszy, skulony na karimacie i otulony szczelnie śpiworem, próbując przypomnieć sobie wydarzenia wczorajszej nocy, których bezpośrednim następstwem było znalezienie się tutaj, przed wejściem głównym do jednej z aren olimpijskich.
Porządkuję w głowie wspomnienia ostatnich godzin, jak elementy łamigłówki. Nie wszystkie z nich wydają mi się realne, musi minąć jeszcze jakiś czas, nim zdołam się oswoić z nieprawdopodobieństwem niektórych zdarzeń.