Północna
Norwegia. Narvik. Niedziela, 10 sierpnia, godz. 11:04.
Odjeżdża. Patrzę jeszcze,
jak nawraca, by wydostać się jakoś z tego parkingu, a gdy mija
mnie, trąbi głośno. I już go nie ma. Tylko gęsta chmura kurzu
spod opon pozostała z tych wspólnie przejechanych ośmiuset
kilometrów.
A teraz Narvik – cel mojej
podróży, cel pierwszy i jedyny. Ostatni punkt, do którego mogłem
gnać, ostatni szczyt, na który miałem się wspiąć. Teraz trzeba
będzie wracać do kraju, już nie iść, a wracać właśnie, już
nie wspinać się, a schodzić.
Pamiętam jak dziś, gdy
otworzywszy mapę, przesunąłem po niej szybko palcem, obierając
tym samym marszrutę mojej podróży. To było kilka tygodni temu. I
Narvik był tym punktem, ponad który palec nie miał odwagi się
wznieść. Skręcił w prawo, do Szwecji, a potem do Finlandii. I tak
też ja mam zamiar zrobić już jutro, a może jeszcze dziś, jeśli
Bóg pozwoli.