Południowa Norwegia. Brennåsen. Wtorek, 29
lipca, godz. 02:12.
Środek nocy. Spowite w ciemności zarośla wpatrują
się bezszelestnie w rozgwieżdżone niebo. Nagle zimne i nieruchome powietrze przeszywa
potworny kobiecy krzyk. Otwieram przerażone oczy. Czegoś takiego nigdy nie
słyszałem. Krzyk człowieka, którego palą żywcem lub żywcem obdzierają ze skóry.
Przez ułamek sekundy sen, z którego tak nagle zostałem wyrwany, miesza się z
jawą, koszmar z koszmarem. Dochodzi do mnie, gdzie jestem i co tu robię. Siedzę
przy wyjeździe ze stacji benzynowej oparty o zimny głaz, przy którym usnąłem. Serce
bije w piersi jak opętane. Ten krzyk nie ustaje, nasila się, jest coraz bliżej.
Zdaje mi się, że ta kobieta krzyczy prosto w tył mojej głowy. Sparaliżowany strachem,
nie mam odwagi się odwrócić. Bliski obłędu, zatykam uszy, to jednak nie
pomaga. Nie wiem, co robić, jest coraz bliżej, tuż za mną.